sobota, 31 sierpnia 2013

Podsumowanie wakacji

16 komentarzy:
Tegoroczne wakacje minęły bardzo szybko. Choć dni w lipcu ciągnęły mi się (ku mojemu zadowoleniu), to sierpień przeminął jak jeden dzień. I w tym miesiącu obudził się we mnie leń, przez co nie dobiłam do planowanej liczby przeczytanych książek (30) ;( Ale i tak jestem bardzo zadowolona z wyników. Mam nadzieję, że w roku szkolnym uda mi się utrzymywać równie dobre ^^

Lista przeczytanych książek:
  1. "Klątwa tygrysa. Wyprawa" Colleen Houck (470 stron)
  2. "Drozdy. Posłaniec śmierci" Chuck Wendig (367 stron)
  3. "Klątwa tygrysa. Przeznaczenie" Colleen Houck (386 stron)
  4. "Zieleń Szmaragdu" Kerstin Gier (455 stron)
  5. "Winter" Asia Greenhorn (454 strony)
  6. "Bogini oceanu" P.C. Cast (408 stron)
  7. "Sebastian" Anne Bishop (400 stron)
  8. "W pierścieniu ognia" Suzanne Collins (360 stron)
  9. "Melancholia sukuba" Richelle Mead (334 strony)
  10. "Wyspa z mgły i kamienia" Magdalena Kawka (285 stron)
  11. "Podboje sukuba" Richelle Mead (315 stron)
  12. "Marzenia sukuba" Richelle Mead (299 stron)
  13. "Wampiry z Morganville. Księga 5: Miasto widmo" Rachel Caine (391 stron)
  14. "Namiętność sukuba" Richelle Mead (334 strony)
  15. "Zbuntowana" Veronica Roth (368 stron)
  16. "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" J.K. Rowling (328 stron)
  17. "Król Kruków" Maggie Stiefvater (490 stron)
  18. "Cienie sukuba" Richelle Mead (299 stron)
  19. "Piąta fala" Rick Yancey (508 stron)
  20. "Password" Mirjam Mous (328 stron)
  21. "Pretty Little Liars. Zabójcze" Sara Shepard (322 strony)
  22. "Śniąc na jawie" Gwen Hayes (320 stron)
  23. "Odkrycie sukuba" Richelle Mead (304 strony)
  24. "Wschodzący księżyc" Keri Arthur (440 stron)
  25. "Przez burze ognia" Veronica Rossi (362 strony)
  26. "Cień Nocy" Andrea Cremer (416 stron)
  27. "Upadli" Lauren Kate (464 strony)
Tę ostatnią książkę jeszcze czytam, może skończę jutro albo pojutrze. Wyprawę skończyłam pod koniec czerwca, więc zaliczam ją już do wakacji :)
Od Posłańca śmierci zaczyna się lipiec, a kończy na Namiętności sukuba, więc w poprzednim miesiącu przeczytałam 13 książek. Uważam, że to świetny wynik.
Pierwszą powieścią przeczytaną w sierpniu była Zbuntowana, a ostatnią jeszcze czytam. W sierpniu też było 13 książek.
Liczba przeczytanych stron w ciągu dwóch miesięcy: 10207
Liczba stron na dzień: ok. 162
Liczba wszystkich wpisów na bloga: 25
Liczba recenzji książek: 19
Liczba recenzji filmów: 1
Dużo tego ;) A jeszcze napisałam kilka recenzji, których nie wstawiłam :) Ale dopiero kilka dni temu wróciła mi wena i mogłam napisać coś sensownego...


Co udało mi się osiągnąć/zrobić/przeczytać/obejrzeć itd.?
  • Przeczytałam całą serię o sukubie mojej ulubionej autorki, Richelle Mead. Przy ostatniej części się nawet popłakałam... Ale więcej w recenzji, która się ukaże nie wiem kiedy, ponieważ jeszcze jej nie napisałam. Miałam dzisiaj, ale Zbuntowana okazała się pilniejsza. Do serii należą: Melancholia sukuba, Podboje sukuba, Marzenia sukuba, Namiętność sukuba, Cienie sukuba oraz Odkrycie sukuba.
  • W końcu przeczytałam po raz kolejny Harry'ego Pottera. Już od dawna to planowałam, a teraz mi się udało. Co prawda tylko pierwszą część, ale i tak moje szczęście nie zna granic :)
  • Spełniłam jedne ze swoich największych wakacyjnych marzeń książkowych - przeczytałam Piątą falę oraz Króla Kruków.
  • Przeczytałam wiele pozycji z własnej półki, a dokładnie 14, z czego się bardzo cieszę.
  • Udało mi się ograniczyć egzemplarze recenzenckie na wakacje. Otrzymałam ich tylko 5. Ale już idą do mnie te na wrzesień...
  • Zakupiłam bardzo dużo nowych powieści. Wszystko zobaczycie w najnowszym stosiku, który prawdopodobnie wstawię w następnym tygodniu. Jeszcze nigdy nie kupiłam tylu książek w tak krótkim czasie. Ale od września znów będę się ograniczać ;)
  • Obejrzałam ponownie wszystkie części Harry'ego Pottera na TVN. Została mi tylko ostatnia, ale mam ją w domu, więc pewnie niedługo sobie włączę :) Co prawda na niektórych trochę przysnęłam ze zmęczenia (wszystko przez te głupie reklamy!), ale cieszę się, że mogłam ponownie przeżyć przygody młodego czarodzieja.
  • Obejrzałam jakże wspaniałą i piękną, i zachwycającą ekranizację Miasta Kości. Recenzja tu.
  • Oglądałam 4 sezon PLL, ale ostatnio jakoś nie miałam na to ochoty, więc jestem 3 odcinki do tyłu.
  • Nawiązałam współpracę z Wydawnictwem Uroboros i zostałam redaktorką portalu literatura.juventum.
  • Przebiłam swój wynik z wakacji z tamtego roku. W 2012 było 21 książek, a teraz jest 27.


Najlepsze i najgorsze:

Najlepszymi przeczytanymi książkami są: seria Klątwa tygrysa, Zieleń Szmaragdu, W pierścieniu ognia, seria o Sukubie, Harry Potter (to chyba oczywiste), Król Kruków, Piąta fala.
Najgorsze to zdecydowanie: Winter, seria Drozdy i Cień Nocy (choć ta była taka najlepsza z najgorszych).


A we wrześniu planuję dalej utrzymywać dobre wyniki, dopóki jeszcze można ;) Rok szkolny zapowiada się dobrze. Będę walczyć o laureata z WOSu, bo to już ostatni rok. I będę z niecierpliwością czekać na ekranizację Miasta Popiołów. Mam też pytanie związane z tym: czy chcecie, abym trochę urozmaiciła bloga i zaczęła wstawiać różne nowe informacje, zwiastuny o tym filmie? Nie byłoby tego dużo, obiecuję, a i ja, i wy byście wiedzieli wszystko na bieżąco :) Oprócz tego planuję jeszcze recenzję 4 sezonu PLL.
A jak u Was minęły wakacje? :)

Pozdrawiam!

czwartek, 29 sierpnia 2013

Film: Miasto Kości - Harald Zwart

14 komentarzy:
Tytuł: Dary Anioła: Miasto Kości
Reżyseria: Harald Zwart
Produkcja: USA, Niemcy
Premiera światowa: 12 sierpnia 2013
Czas trwania: 2 godz. 10 min.
Gatunek: fantastyka, przygodowy, dramat


Clary Frey jest zwyczajną nastolatką. Mieszka z matką, która zarabia na życie malując. W wolnym czasie spotyka się ze swoim najlepszym przyjacielem. Tak jest do momentu, w którym zaczyna rysować pewien symbol i nie wie, co on oznacza. Pewnego dnia wchodzi z Simonem do klubu, w którym jest świadkiem przerażającej sytuacji. Trójka ludzi zabija jednego z imprezowiczów, lecz wszyscy inni wydają się tego nie widzieć. Niedługo po tym jej matka zostaje porwana w tajemniczych okolicznościach. Te sytuacje zapoczątkowały wir nieprzewidywanych wydarzeń, dzięki którym Clary trafia do świata Nocnych Łowców i angażuje się w sprawy, które na zawsze mogą zmienić jej życie...
Jak pewnie każdy czytelnik bloga wie - kocham serię "Dary Anioła". To jeden z moich ulubionych cykli, a Cassandra Clare dołączyła do grona uwielbianych przeze mnie autorów. Historia Clary mnie urzekła, z ogromnym zapałem i wypiekami na twarzy śledziłam losy jej trudnej miłości i walki ze złem. Kiedy dowiedziałam się o ekranizacji byłam zachwycona, że tak wspaniałą książkę przeniosą na wielki ekran i chętnie oglądałam coraz to nowsze zwiastuny. W piątek wybrałam się do kina. I wyszłam oczarowana.
Powieść była pełna akcji i trzymała w napięciu. W filmie nie pominięto ważnych walk, które, tak samo jak książka, wbijały w fotel. Zostały wspaniale przedstawione i była ich zadowalająca ilość. Wspaniale się je oglądało i z podziwem patrzyłam na aktorów, jak musieli się nauczyć tych wszystkich ciosów. Walka matki Clary z ludźmi Valentine'a - bezbłędna!
Pięknie przedstawiono niektóre miejsca. Instytut był zachwycający, a szklarnia zapierająca dech w piersiach. Nie spodziewałam się, że tak wspaniale to ukażą. Runy też są dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam. Lepiej już być nie mogło.
Często się wzruszałam i prawie płakałam. Bardziej z tego powodu, że wciąż nie mogłam uwierzyć, że moja ulubiona książka została tak wspaniale zekranizowana. Scena w szklarni jest moją ulubioną i cieszę się, że mogłam ją jeszcze raz przeżyć, tym razem podczas oglądania filmu. Po prostu piękna.
Znakomici aktorzy. Jeszcze przed pójściem do kina uważałam trochę inaczej. Kiedy dowiedziałam się, kto zagra Jace'a, byłam zawiedziona. Zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam, Jamie Campbell Bower nie podobał mi się i nie pasował mi do tej roli. Jednak teraz myślę zupełnie inaczej. Nie wyobrażam sobie nikogo innego jako mojego ukochanego Jace'a. Jamie nie był wcześniej zbyt znany, grał m.in. w "Księżycu w nowiu" i 'Przed świtem" jednego z Volturi oraz w filmie "Harry Potter i Insygnia Śmierci" Gellerta Grindelwalda. Jedynie w tych ekranizacjach go widziałam, ale niezbyt rzucił mi się w oczy. Teraz z pewnością będę o nim pamiętać. Za to od samego początku byłam zadowolona z tego, że rolę Clary dostała także wcześniej mało znana Lily Collins. Jest naprawdę ładna i przede wszystkim bardzo podobna do moich wyobrażeń o bohaterce, już lepiej nie mogli trafić. Doskonale wczuła się w postać i odzwierciedliła jej charakter. Mogę nawet stwierdzić, że zagrała najlepiej ze wszystkich. Czuję, że czeka ją sukces. Ciekawym faktem jest również to, że Lily była fanką "Darów Anioła" zanim dowiedziała się, że wcieli się w Clary, co jest godne podziwu. Jednym z jej ważniejszych dotychczasowych filmów była "Królewna Śnieżka", gdzie zagrała główną rolę, ale niestety nie miałam go jeszcze okazji obejrzeć. W Magnusa, czarownika którego zapamiętali wszyscy fani serii, wcielił się Godfrey Gao. Świetny wybór. Co prawda nieco inaczej go sobie wyobrażam, ale na tego aktora narzekać nie mogę. Krótko mówiąc - obsada idealna.
Ścieżka dźwiękowa okazała się wzruszająca i zjawiskowa. Wiele piosenek zapadło mi w pamięć i słuchając ich mogę powiedzieć z którego momentu filmu pochodzą. Choć nie słucham Demi Lovato czy Colbie Caillat to ich utwory naprawdę mi się spodobały i od obejrzenia ekranizacji nie słucham niczego innego, ponieważ przypominają mi ulubione sceny. Muzyka z walk także była świetna i wzbudzała jeszcze więcej emocji.
"Miasto Kości" uważam za jedną z najlepszych ekranizacji książek, jakie obejrzałam. To film na miarę "Harry'ego Pottera". Uważam, że kolejne części odniosą jeszcze większy sukces. Film okazał się genialny i do tej pory nie mogę się po nim otrząsnąć. Niecierpliwie czekam na "Miasto Popiołów", nad którym prace zaczną się już 23 września. Recenzja jest całkowicie subiektywna, więc nie mogę napisać, że każdy się tak zachwyci. Ale polecam iść do kina i wyrobić własne zdanie. Ja teraz czekam, aż będzie na DVD, żeby móc obejrzeć jeszcze raz, a potem kolejny. I chętnie znów przeczytam powieść.
Moja ocena: 10/10

***
Ciężko jest oddać mój zachwyt i cały czas się zastanawiam, czy o niczym nie zapomniałam. Mam nadzieję, że nie ^^ A chętni niech zajrzą na fanpejdża, gdzie zamieściłam wywiady z aktorami (jak chcecie więcej, to piszcie śmiało, oglądałam ich całą masę :)).
źródło

wtorek, 27 sierpnia 2013

"Przez burze ognia" Veronica Rossi

10 komentarzy:

Autor: Veronica Rossi
Tytuł: Przez burze ognia
Tytuł oryginału: Under the Never Sky
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 368

Świat został podzielony. Część ludzi mieszka pod szczelną kopułą, z której nie da się wyjść. Tam nikt nie wie, co to ból, nikt nie choruje, można żyć setki lat. Ograniczoną przestrzeń rekompensują Sfery, które są tylko wizualizacją, lecz poprzez rozwiniętą technologię wydają się lepsze niż rzeczywistość. Druga grupa ludzi, to ci mieszkający na zewnątrz. Połączyli się w plemiona, usiłują przeżyć burze eterowe i nie umrzeć z głodu. DNA części tych osób uległo mutacji, co wyostrzyło ich zmysły. Jedni świetnie widzą z daleka, inni słyszą każdy szmer w promieniu kilku kilometrów, albo czują emocje otaczających ich ludzi. Są narażeni także na ataki ze strony kanibali.
Aria należy do tej pierwszej grupy. Żyje w Reverie, pod kopułą i do tej pory prowadziła dość beztroskie życie. Jednak wszystko się zmienia, kiedy z przyjaciółmi udaje się do zakazanej części Reverie. Rozpalają tam ogień, który zaczyna się rozprzestrzeniać. Część nastolatków nie wyszła z tego żywa. Na Arię zostaje zrzucona cała wina i zostaje wygnana. Nie wie, jak uda jej się przeżyć poza kopułą, jej bezpiecznym małym światem.
Natomiast Perry mieszka na zewnątrz. Jego brat jest Wodzem Krwi plemienia Fal. Chętnie zastąpiłby go i sam zaczął przewodzić ludziom, lecz nie może walczyć z Vale’em ze względu na swojego bratanka, Talona. Pewnego dnia zostaje on porwany, a Perry za wszelką cenę chce go odzyskać. Wtedy drogi jego i Arii się krzyżują…
Veronica Rossi jest autorką postapokaliptycznych książek dla młodzieży. Zadebiutowała powieścią „Przez burze ognia”, która otwiera trylogię. Odniosła nią ogromny sukces. Mieszka w północnej Kalifornii z mężem i dwoma synami. Oprócz pisania lubi czytać i malować.
Już od premiery bardzo chciałam zapoznać się z książką „Przez burze ognia”. Przeczytałam wtedy mnóstwo pozytywnych recenzji na jej temat, więc oczekiwałam świetnej lektury. Czy ją otrzymałam?
Bardzo spodobało mi się wiele pomysłów autorki. Stworzyła w swojej powieści zupełnie nowy i oryginalny świat. Intrygujące były Wizjery, które nosili Osadnicy. To coś jak przezroczysty komputer nakładany na oko. Dzięki nim mogli się znaleźć w Sferach, napisać do kogoś wiadomość, nagrać coś, sprawdzić godzinę itd. Bardzo interesujące urządzenie. Podobnie jest ze Sferami. Na początku miałam trudności ze zrozumieniem, czym one dokładnie są. Autorka nie od razu to wyjaśniła, choć moim zdaniem powinna, ponieważ zdążyłam się trochę pogubić.
Została zastosowana narracja trzecioosobowa, ale uważam, że tutaj bardziej sprawdziłaby się pierwszoosobowa. Jednak autorka i tak świetnie oddała emocje bohaterów. Raz historia była opowiadana z perspektywy Arii, a raz Perry’ego, dzięki czemu czytelnik może dowiedzieć się więcej o obu bohaterach.
Postacie zostały bardzo dobrze wykreowane. Pani Rossi poświęciła uwagę także drugoplanowym bohaterom i to dobrze widać. Nawet oni mieli swoje tajemnice, które czytelnik chce jak najszybciej odkryć. Ale przejdźmy teraz do tych najważniejszych osób. Arię szybko polubiłam. Nawet nie potrafię tego wyjaśnić, nie wyróżniała się za bardzo spośród innych, ale miała w sobie to „coś”. Na początku trochę kojarzyła mi się z Arią z PLL, ale sądzę że nie tylko mi. Perry także okazał się ciekawą postacią. Ukrywał przed wszystkimi swoje uczucia, choć sam znał emocje innych. Na początku nie lubił Arii, była dla niego uciążliwa, ale później… Pewnie sami już się domyślacie. Spodobało mi się jego oddanie Talonowi. Chciał za wszelką cenę go uratować, obwiniał się o jego porwanie.
Veronica Rossi posługuje się przyjemnym, młodzieżowym językiem, dzięki któremu powieść bardzo szybko się czyta. Jak na debiut jest dobrze, ale mam nadzieję, że w następnej części będzie jeszcze lepiej.
Wątek miłosny jest przewidywalny. Oczywiste było, że Aria i Perry się w sobie zakochają, nie muszę nawet tego przed wami ukrywać. Ale bohaterowie od razu nie padli sobie w ramiona, uczucie rozwinęło się z czasem. Na początku nawet się nie lubili, ale musieli trzymać się razem, żeby sobie pomóc.
Moce, czy umiejętności postaci (nie wiem jak to inaczej nazwać) zaintrygowały mnie. Choć na początku nie za bardzo je rozumiałam, to im dalej czytałam, tym więcej się wyjaśniało. Ciekawe było to, że Perry miał tak czuły węch, że wyczuwał emocje innych. Smutek czy radość, kłamstwo czy prawda. Interesujący dar, jednak czasem uciążliwy.
Podsumowując, „Przez burze ognia” to świetna powieść. Przedstawia ciekawą wizję przyszłości i interesujące nowe urządzenia. Zastanawiam się, jak doszło do takiego podzielenia ludzkości i mam nadzieję, że Veronica Rossi wyjaśni to w kolejnej części. Spodziewałam się po książce czegoś naprawdę niezwykłego, ale w tym się trochę zawiodłam. Mimo wszystko jest to warta uwagi powieść.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

sobota, 24 sierpnia 2013

"Sebastian" Anne Bishop

5 komentarzy:

Autor: Anne Bishop
Tytuł: Sebastian
Tytuł oryginału: Sebastian
Wydawnictwo: Initium
Miejsce i rok wydania: Karków 2012
Liczba stron: 400

Efemera to miejsce rozbite na tysiące przeróżnych krajobrazów do których wiodą magiczne mosty. Jedna osoba nie zdoła ich wszystkich odkryć, choćby się bardzo uparła. Nie może trafić do krainy, z którą nie rezonuje, do której nie pasuje. Czasem może przybyć w zupełnie nieznane miejsce, ale w Efemerze nic nie dzieje się przypadkiem. Krajobrazy reagują na pragnienia i lęki ludzi, dlatego trzeba uważać na swoje silne emocje. Dawno temu ten świat został opanowany przez niebezpiecznego Zjadacza Świata. To dlatego został podzielony, choć niegdyś Efemera stanowiła magiczną i piękną całość.
W jednej z mrocznych krain mieszka inkub Sebastian. Ojciec go nie chciał, zostawiał u nieznajomych kobiet, ale gdy ciotka próbowała chłopca zabrać do siebie, on się sprzeciwiał i odbierał jej swojego syna. Sebastian nie miał więc przyjemnego dzieciństwa, lecz w którymś momencie swojej podróży natrafił na Gniazdo Rozpusty – i tam zamieszkał. W snach nawiedza inkuba kobieta potrzebująca mężczyzny, który by ją kochał. Jednak on nie potrafi jej odnaleźć. Wkrótce całą Efemerę znów nawiedza niebezpieczeństwo. Zjadacz Świata powraca, a jego celem może się stać Gniazdo Rozpusty…
Anne Bishop to amerykańska autorka fantasy. Mieszka obecnie w Nowym Jorku. Słynie ze swojej Trylogii Czarnych Kamieni będącej jej debiutem, a także dodatkowych książek z tej serii. Ja nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z jej twórczością, a zbierała same pozytywne opinie. Szczególnie zainteresowała mnie trylogia „Efemera” ze względu na intrygujący świat, jaki wykreowała autorka.
Na samym początku poczułam się lekko przytłoczona natłokiem informacji. Nie za bardzo rozumiałam kim są mostowi i krajobrazczynie, na jakich zasadach funkcjonuje tamten świat. Jednak im dalej czytałam, tym więcej się dowiadywałam i wyobrażenie Efemery nie sprawiało mi już trudności. Anne Bishop miała fenomenalny pomysł, jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Nawet sami mieszkańcy Efemery nigdy nie odkryją jej wszystkich tajemnic, dlatego przez cały czas jest ona wielką zagadką.
Bohaterowie powieści są warci uwagi. Sebastian jest inkubem, czyli ma kusić, uwodzić, a nawet polować na kobiety, aby zaciągnąć je do łóżka, lecz to nie sprawia mu żadnej przyjemności. Nie chce zabijać swoich ofiar, jak robią niektórzy. Kiedy poznaje Lynneę jeszcze bardziej się zmienia. Nie chce jej skrzywdzić, odebrać jej niewinności, ale ją kocha i dba o jej bezpieczeństwo. Glorianna, jego kuzynka, jest uważana za bardzo niebezpieczną krajobrazczynię. Wszyscy się jej obawiają, ponieważ ma moc, jakiej nie znają. W głębi duszy jest dobrą osobą, która troszczy się o świat, w którym mieszka. Każda z postaci w tej powieści została starannie wykreowana. Ma swój charakter, cechy, którymi się wyróżnia, a także przeszłość, o jakiej niekoniecznie chce pamiętać.
Anne Bishop posługuje się prostym, aczkolwiek ciekawym językiem. Potrafi zainteresować czytelnika swoją opowieścią. Stworzyła intrygujące miejsce i opisała zasady panujące w nim. Niektóre krajobrazy mnie wprost urzekły, a w innych nie za bardzo chciałabym się znaleźć.
Bardzo zaciekawiła mnie szkoła krajobrazczyń, o której niestety nieczęsto była mowa. Chciałabym się dowiedzieć o niej więcej. To tam kształciły się młode dziewczęta posiadające moc tworzenia nowych krain. Miały własne ogrody, które mogły kontrolować. Mostowi także byli przygotowywani do swojej pracy – tworzenia mostów łączących poszczególne krajobrazy.
Powieść „Sebastian” okazała się intrygującą lekturą. Chętnie sięgnę po kolejne części, a także zapoznam się z innymi książkami autorki. Mam nadzieję, że każda przypadnie mi do gustu, zapowiadają się tajemniczo i magicznie, a to właśnie uwielbiam. Polecam wszystkim fanom fantastyki, uważam, że im się spodoba, lecz innych także zachęcam do sięgnięcia po tę historię.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

środa, 21 sierpnia 2013

"Śniąc na jawie" Gwen Hayes

13 komentarzy:

Autor: Gwen Hayes
Tytuł: Śniąc na jawie
Tytuł oryginału: Dreaming Awake
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 320

Theia uciekła z Podziemi wraz z ukochanym. Może powrócić do normalności – chodzić do szkoły, spotykać się z przyjaciółmi. Jednak już nic nie pozostanie takie, jakim było dawniej. Dziewczyna ma teraz demoniczne moce i nie wie, czego może się po sobie spodziewać. Od czas do czasu odczuwa potężny głód i czasem musi się powstrzymywać, aby nie wyrządzić nikomu krzywdy. Mara, królowa Podziemi, szuka sposobu, aby się zemścić i wkrótce znów pojawia się na drodze Thei i Hadena. Ich bliscy są w niebezpieczeństwie, dlatego muszą zacząć szybko działać. Dodatkowo w szkole nastolatka zaobserwowała dziwne zachowanie osób, za którymi nie przepada. Kto lub co za tym stoi? Czy Theia i Haden w końcu będą mogli być razem szczęśliwi?
Gwen Hayes jest amerykańską pisarką. Mieszka w Pacific Northwest wraz z mężem (jej największą miłością, chłopakiem ze snów), dwójką dzieci oraz z kilkoma czworonożnymi przyjaciółmi. Spod jej pióra wyszło już kilka powieści, jednak dopiero „Strąceni” przynieśli jej największą sławę. Dzięki tej powieści dołączyła do grona najpopularniejszych autorek gatunku paranormal romance.
„Strąconych” czytałam już dawno temu. Kupiłam tę powieść ze względu na okładkę, która mnie zauroczyła. Kiedy ujrzałam ją stojącą na półce w księgarni, pomyślałam, że muszę ją mieć. Dlatego następnego dnia z przeliczonymi pieniędzmi (wtedy jeszcze nie znałam tanich księgarni internetowych, więc zapłaciłam cenę okładkową!) wróciłam i bez namysłu kupiłam książkę. Szybko wzięłam się za czytanie. Powieść bardzo mi się spodobała, ale nie miałam pojęcia, że ma być druga część. Dla mnie historia się zakończyła, co z tego, że nie wiadomo, czy bohaterowie będą żyli razem długo i szczęśliwie tak do końca. Jednak kiedy ukazał się kolejny tom, czekałam na jakąś promocję, aby go kupić. I tak właśnie niedawno wpadła w moje ręce książka „Śniąc na jawie”. I nie stała wcale tak długo na półce!
Powieść nie spodobała mi się tak bardzo, jak pierwsza część. Może jest to kwestia tego, że teraz czytam o wiele więcej i poznałam już tyle podobnych historii, że czasem mam dość. W niektórych momentach się nudziłam, chciałam jak najszybciej skończyć lekturę.
Bohaterowie nie wzbudzili we mnie zbyt dużo emocji. Kiedy ktoś umierał, wcale nie płakałam, nie robiło mi się przykro. Nie przywiązałam się do nich i szybko o nich zapomnę. Zaczynając czytać pamiętałam tak naprawdę tylko imiona głównej bohaterki i jej chłopaka. Theia w tej części zaczęła mnie irytować. Nie bardzo, ale w niektórych momentach, owszem. Bardzo się zmieniła i czasem jej zachowanie było lekkomyślne. Podejmowała głupie i nieprzemyślane decyzje, zaczęła się oddalać od swoich przyjaciół. Haden też nie jest warty zbyt wielkiej uwagi. On także mnie denerwował, autorka mogła go lepiej wykreować. Spodobało mi się natomiast to, że zostały przedstawione największe lęki przyjaciół Thei, dzięki czemu można było ich lepiej poznać. Dwa rozdziały zostały poświęcone Donny i Amelii, w każdym z nich, jedna z dziewczyn prowadziła narrację, co było ciekawym pomysłem. Czytelnik mógł zrozumieć niektóre ich zachowania czy decyzje.
Wątek miłosny za bardzo wysuwa się na pierwszy plan. Był bardzo irytujący i niedojrzały. Theia rumieniła się za każdym razem, kiedy pomyślała o pocałunku. A jeszcze częściej zdarzało się to w obecności Hadena. Zresztą on nie był lepszy. No litości! Ileż można o tym czytać, o tej wielkiej miłości i wyznaniach typu „nie potrafię bez ciebie żyć”?
Za to Podziemia były bardzo interesujące i dość oryginalne. Uwielbiałam, kiedy akcja rozgrywała się w tym miejscu. Autorka barwie opisała stworzony przez siebie świat, szczerze mówiąc sama chciałabym się tam znaleźć (oczywiście tylko w niektórych miejscach), choćby na chwilę.
Okładki obu tomów są piękne. Przyciągają wzrok i zachęcają do czytania. Głównie za sprawą okładki kupiłam „Strąconych” i pomimo tego, że powieść nie jest arcydziełem, nie żałuję.
„Śniąc na jawie” to ciekawa lektura, choć niewyróżniająca się na tle innych romansów paranormalnych. Nie żałuję, że ją przeczytałam i jeżeli ukaże się trzecia część (ale chyba się na to nie zapowiada) to chętnie się z nią zapoznam. Polecam powieść na chwilę wytchnienia i dla mniej wymagających czytelników.
Moja ocena: 6/10

wtorek, 20 sierpnia 2013

Wyniki konkursu urodzinowego

6 komentarzy:
Dziesiątego sierpnia zakończył się urodzinowy konkurs. Należało podać mi link do recenzji książki, którą byście mi polecili. Zgłosiło się siedem osób. Szczerze mówiąc, liczyłam na większą ilość zgłoszeń, ale nawet przy tych siedmiu miałam trudności z wyborem zwycięzców, a jest ich dwóch. Miałam trzy, a nawet cztery recenzje, nad którymi się zastanawiałam. W wyborze trochę pomogła mi mama, która przeczytała te recenzje i wyraziła swoje zdanie na ich temat :) Ostateczny wybór jednak należał do mnie.
Przypomnę nagrody:
  • audiobook "Nowa ziemia" Julianna Baggott
  • "Karminowy szal" Joanna M. Chmielewska [nagroda ufundowana przez Wydawnictwo MG]

To już nie przedłużając, pierwsze miejsce zdobyła:

scatterflee

Jej recenzja "Wielkiego Marszu" bardzo mnie zachęciła. Teraz będę poszukiwać tej powieści, zapowiada się intrygująco. Recenzja była fajnie napisana i, co najważniejsze, przekonywała do lektury :)

Drugie miejsce zajęła:

Natalie Rosa

Napisała recenzję "Tam gdzie ty" Jodi Picoult. Nie czytałam żadnej książki tej autorki, ale kilka mam już na półce. Tę powieść miałam w planach, ale za bardzo jej nie poszukiwałam. Teraz, jak tylko będę miała okazję, kupię ją. Recenzja była bardzo zachęcająca i ciekawie przedstawiła książkę :)

Zwyciężczynie dostały już maile ode mnie, czekam na adresy do wysyłki :) Mam nadzieję, że nagrody się spodobają.
I tak, wiem, że wyniki miały być już dawno, ale ta data akurat tak wypadła, że miałam sporo do załatwienia i po prostu nie miałam już siły na przeczytanie tych siedmiu opinii. Mam nadzieję, że mi wybaczycie ^^
Pozdrawiam!

czwartek, 15 sierpnia 2013

"Podboje sukuba" Richelle Mead

10 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Podboje sukuba
Tytuł oryginału: Succubus on Top
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 320

Georgina otrzymuje wyróżnienie za osiągnięcie sukcesów w swoim zawodzie sukuba. Zdeprawowała tyle dusz śmiertelników, że wszyscy są z niej dumni. Tylko nie ona. Gdyby miała wybór, nadal ograniczałaby ich do jak najmniejszej liczby i wybierała tych gorszych mężczyzn. Wszystko za sprawą umowy z jej przełożonym. Nienawidzi swojej pracy i tego kim jest, nie może sobie pozwolić na bliskość z Sethem, którego kocha. Jej problemy miłosne muszą poczekać, ponieważ do miasta przyjeżdża jej dawny przyjaciel inkub, Bastien. Ma on w mieście zadanie do wykonania, a Georgina chce mu pomóc. Dochodzi jeszcze problem z dziwnym zachowaniem jej śmiertelnego kumpla. Jest czym się martwić, a Georgina tego tak nie zostawi. Jakie kolejne niebezpieczeństwa spotkają dziewczynę? Czy jej związek z Sethem Mortensenem przetrwa?
Pierwszy tom serii o sukubie mnie zachwycił. To była świetna lektura, więc bardzo szybko wzięłam się za czytanie drugiego. Mogę spokojnie powiedzieć, że Richelle Mead to jedna z moich ulubionych autorek, że się na niej za zawiodłam i wątpię, aby to się kiedyś stało.
Muszę przyznać, że „Podboje sukuba” okazały się lepsze od „Melancholii…”. Choć tamta część była bardzo dobra, to można w niej znaleźć kilka niedociągnięć. Wybaczyłam je autorce, ponieważ był to jej debiut, ale od tej książki wymagałam już więcej. Pani Mead spełniła moje oczekiwania i ten tom sprawił, że pokochałam całą serię. Już wiem, że kiedy zapoznam się ze wszystkimi, będzie mi brakowało Georginy i chętnie powrócę do jej przygód.
Już teraz bardzo przywiązałam się do bohaterów. Są bardzo realni i naturalni, dzięki czemu wydają się jeszcze bliżsi. Georgie jest wprost urocza. Powinna być bezlitosnym demonem, który uwodzi mężczyzn, jednak ona znalazła miłość swojego życia i ma wyrzuty sumienia, kiedy sypia z innymi. Lecz to wciąż silna kobieta, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Zależy jej na bezpieczeństwie przyjaciół, także tych śmiertelnych. Ma lepsze serce niż niektórzy ludzie, a jest istotą z piekieł. W tym tomie poznajemy także kilku nowych bohaterów, na przykład Bastiena. Polubiłam go, choć czasem jego zachowanie mnie irytowało.
Cała książka nie skupia się oczywiście na rozterkach miłosnych Georginy. Jest w niej mnóstwo akcji, często postaciom grozi niebezpieczeństwo. Richelle Mead zachowała równowagę pomiędzy problemami sercowymi a przygodami, za co należą jej się brawa. Ta granica jest bardzo cienka i łatwo ją przekroczyć, czytelnika często zaczynają nudzić przemyślenia bohaterów i sceny miłosne, lecz w tym przypadku tak nie jest. Powieść czyta się z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem.
W „Melancholii sukuba” trochę raziła mnie przewidywalność. Na szczęście w drugim tomie nie ma już tego błędu. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego rozwiązania sprawy i byłam bardzo zaskoczona w wielu momentach.
Przygody sukuba coraz bardziej mnie intrygują. Czuję, że ta seria niedługo stanie się jedną z moich ulubionych. Powieści bardzo wciągają, szkoda tylko, że są tak krótkie. Każda z części ma około trzysta stron, a ja bardzo lubię dłuższe książki. Mimo to autorka wykorzystuje te strony jak najlepiej i mieści na nich dużą ilość akcji, nie ma czasu na nudę w jej dziełach.
„Podboje sukuba” to godna kontynuacja pierwszej części. Widać, że Richelle Mead nie brakuje pomysłów. Umie stworzyć bohaterów, których czytelnicy pokochają całym sercem i cały czas będą chcieli więcej. Serdecznie polecam, mam nadzieję, że tak jak mi spodoba się wam ten cykl.
Moja ocena: 9/10

wtorek, 13 sierpnia 2013

Przedpremierowo: "Piąta fala" Rick Yancey

12 komentarzy:

PREMIERA 14 SIERPNIA
Autor: Rick Yancey
Tytuł: Piąta fala
Tytuł oryginału: The 5th Wave
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 508

Statek przybyszów z innej planety pojawił się niedaleko Ziemi. Przez dziesięć dni nic się nie działo. Nie próbowali się porozumieć z ludźmi, nie dawali żadnych znaków. Jednak dziesiątego dnia o godzinie jedenastej pojawiła się pierwsza fala, która miała doprowadzić do zagłady ludzkości. A za nią druga, trzecia i czwarta… Przeżyli tylko nieliczni ludzie, którzy stracili rodziny i wszystkie bliskie osoby, mogą liczyć jedynie na siebie. Oczekują nadejścia piątej fali i usiłują przetrwać kolejny dzień… Chyba nie tak wyobrażaliście sobie przybycie kosmitów na naszą planetę, prawda? Hm, ci ludzie także nie.
Jedną z ocalałych jest Cassie. Jej rodzice nie żyją, a ona usiłuje dotrzymać obietnicy złożonej bratu, choć nie wie, czy on jeszcze nie umarł. Pozostają jej tylko nadzieje. Sammy to jedyna osoba, o którą warto jeszcze walczyć. Dziewczyna wyrusza w podróż, choć nie zna dokładnie jej celu. A mogłoby się gdzieś ukryć, siedzieć cicho i liczyć na to, że Przybysze jej nie znajdą…
Co tak naprawdę dzieje się na Ziemi? Czego chcą obcy? Czy to już koniec świata, jaki wszyscy znaliśmy? Bohaterowie starają się odnaleźć odpowiedzi na te pytania.
Rick Yancey to amerykański pisarz i krytyk. Spod jego pióra zostało wydanych już kilkanaście książek, które zostały opublikowane w wielu krajach. W Polsce została wydana już jego seria dla młodzieży o Alfredzie Kroppie. 14 sierpnia, czyli już jutro, w naszym kraju ukaże się jego najnowsza powieść, pierwsza z gatunku science-fiction, „Piąta fala”. Prawa do ekranizacji zostały już wykupione przez GK Films i Sony Pictures.
Nie przepadam za science-fiction. Nigdy nie interesowali mnie kosmici, podróże w statkach kosmicznych, czy najazdy na Ziemię. Zwykle nie zbliżałam się do takich książek lub filmów, unikałam ich jak ognia. Jednak kiedy przeczytałam fragment „Piątej fali”… Przepadłam. Zakochałam się w powieści znając zaledwie kilkadziesiąt stron i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie cała książka. A całość okazała się jeszcze lepsza, wręcz fenomenalna. Teraz już będę chętniej sięgać po lektury z tego gatunku!
„Piątą falę” czyta się błyskawicznie. Nie można się od niej oderwać, tak wciąga, a kiedy choć na chwilę się ją odłoży, opanowuje myśli czytelnika. Cały czas zastanawiałam się, jaki cel mają Przybysze, czy bohaterom uda się przetrwać. W niektórych momentach robiło się bardzo niebezpiecznie, bałam się o życie postaci, trzymałam kciuki, aby im się udało.
A jeśli już mowa o bohaterach… Zostali znakomicie wykreowani. Cassie polubiłam już od pierwszych stron. Straciła prawie całą rodzinę, sama może w każdym momencie zginąć, ale ryzykuje swój żywot, aby dotrzymać obietnicy. Chce odnaleźć swojego brata i właśnie to mnie tak wzruszyło. Cały czas o nim myślała i nawet w najtrudniejszych sytuacjach się nie poddawała. Bardzo go kochała i to widać na pierwszy rzut oka. Urocze było także zauroczenie Cassie chłopakiem ze szkoły. On jej zapewne nie znał, a o jej fascynacji wiedziało dużo osób. Kiedy ukrywała się przed Przybyszami i walczyła o przetrwanie, miała gdzieś przy sobie jego zdjęcie – jedną z niewielu rzeczy, które przypominały jej o dawnym życiu. Pięcioletni Sammy to wbrew pozorom odważny i silny chłopiec. Pocieszał inną samotną dziewczynkę, starał się jej pomóc. Cały czas tęsknił za siostrą, wszędzie jej wypatrywał i miał nadzieję, że Cassie wróci po niego. Zauważyłam błąd w jego postaci. Ma około pięć lat, ale moim zdaniem zachowuje się jak siedmiolatek. Mój brat jest w tym samym wieku, co Sammy, więc wiem, o czym mówię. Jednak nie uważam tego za jakiś ogromny minus, to po prostu małe potknięcie, czasem ciężko oddać w powieści rzeczywiste zachowanie dziecka. Ciekawa jest także postać Zombie (nie, nie jest to potwór, który zjada ludziom mózgi, tak siebie nazwał bohater). Zaopiekował się on Samem i także złożył mu obietnicę, którą chciał dotrzymać. Niestety, od razu domyśliłam się, kim on jest, a to pewnie miało być dla czytelnika zaskoczeniem.
Poza tożsamością Zombie niczego nie przewidziałam. Niektóre fakty mnie wręcz zszokowały. Kiedy już myślałam, że wiem, co jest tytułową piątą falą, okazywało się, że wcale nie byłam bliska prawdy.
Zakończenie jest niesamowite. Nie mogę uwierzyć, że skończyło się w takim momencie. Chcę jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Napisy na okładce nie kłamią – jest to jedna z najlepszych fantastycznych książek tego roku.
Wątek miłosny okazał się w „Piątej fali” bardzo przyjemnym dodatkiem. Nie wychodzi na pierwszy plan i jest dość delikatny. Zaczął się już rozwijać, ale nie za bardzo. Autor znał umiar.
Rick Yancey ma wspaniały styl pisarski. Pisze ciekawie, intryguje czytelnika i wciąga w swoją opowieść. Posługuje się bogatym słownictwem i prezentuje znakomite opisy. Mam ogromną nadzieję, że stworzy coś jeszcze z tego gatunku, ponieważ idzie mu naprawdę dobrze.
„Piąta fala” to cudowna powieść. Nieraz się przy niej wzruszyłam, bohaterowie musieli dużo wycierpieć. I przekonałam się do gatunku science-fiction, odkryłam, że można się świetnie bawić czytając tego typu lektury. Serdecznie polecam „Piątą falę” dla każdego, może ktoś tak jak ja, polubi ten gatunek? Warto, naprawdę warto. Ja będę niecierpliwie czekać na kolejne tomy i ekranizację.
Moja ocena: 9/10
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

niedziela, 11 sierpnia 2013

"Password" Mirjam Mous

11 komentarzy:


Autor: Mirjam Mous
Tytuł: Password
Tytuł oryginału: Password
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 328

Pewnego dnia Mick znajduje swojego najlepszego i właściwie jedynego przyjaciela Jerro nieprzytomnego na łóżku. Zaledwie kilka minut wcześniej czytał swój komiks i nic nie wskazywało na to, żeby źle się czuł. Jerro zostaje zabrany przez karetkę do szpitala, lecz Mick nie może z nim jechać, ponieważ nie należy do rodziny. Wsiada na rower, aby jak najszybciej przyjechać do przyjaciela. Jednak na miejscu dzieje się coś dziwnego… Okazuje się, że nikogo o takim imieniu i nazwisku nie przywieziono. Zaczynają się dziać coraz dziwniejsze i bardzo niepokojące sytuacje. Mick musi odkryć co za tym wszystkim stoi, zanim będzie za późno. Musi odzyskać swojego przyjaciela, a nikt mu nie wierzy, że coś jest nie tak. Jak chłopak sobie poradzi? Co się stało z Jerro? Tego dowiecie się podczas czytania.
Mirjam Mous to holenderska autorka książek dla dzieci i młodzieży. Znana jest głównie z thrillerów. Niegdyś pracowała jako nauczycielka w szkole specjalnej, jednak zrezygnowała z tego, aby móc całkowicie poświęcić się pisarstwu. Stworzyła wiele powieści, jednak w Polsce pojawiły się do tej pory tylko dwie – „Boy 7” i niedawno wydana „Password”.
Wiele słyszałam o wcześniejszej książce tej autorki. Czytałam wiele jej recenzji, wszystkie mniej lub bardziej pozytywne, więc chyba nikt się nie dziwi, że chciałam się z nią kiedyś zapoznać. Opis także był intrygujący i tajemniczy. Jednak szybciej nadarzyła się szansa przeczytania „Password”, które także wydawało się ciekawe. Liczyłam na wciągający thriller, ponieważ to z nich znana jest pani Mous. Jak odebrałam jej najnowszą powieść?
W książce nie ma czasu na nudę. Autorka nie napisała nudnawego wprowadzenia, od pierwszych stron zaczęło się coś dziać i czytelnik może obserwować ciąg dziwnych wydarzeń. Akcja płynie w szybkim tempie, dzięki czemu nie można się oderwać od „Password”.
W książce mamy wbrew pozorom trzech głównych bohaterów – Micka, jego przyjaciela Jerro oraz Sefana. Mick to chłopak dręczony przez kolegów z klasy z powodu jego wagi. Pewna grupka szczególnie się nad nim znęcała i wyśmiewała go. Tak było, dopóki w szkole nie pojawił się nowy uczeń – Jerro Prins. Zaczął on bronić chłopaka, przez co się zaprzyjaźnili. Mick to wspaniały przyjaciel. Od razu zobaczył, że coś jest nie tak i za wszelką cenę chciał pomóc koledze. Natomiast Jerro to chłopak mający bardzo bogatych rodziców. Mieszka w ogromnym domu, wszędzie chodzi za nim ochroniarz. Mick to jego jedyny przyjaciel i wie, że zawsze może na niego liczyć. Nic więcej nie mogę powiedzieć o bohaterach, ponieważ nie chcę zbyt dużo zdradzać. Każdego na swój sposób polubiłam, choć posiadali też cechy, które mnie irytowały.
„Password” to dość przewidywalna książka. Domyśliłam się rozwiązania zagadki, przez co byłam bardzo zawiedziona. Liczyłam na więcej oryginalności i zaskoczenia, jednak to, co przedstawiła autorka mnie nie zachwyciło, lecz rozczarowało.
Miałam nadzieję, że „Password” to trzymający w napięciu thriller, z jakich słynie Mirjam Mous. Jednak nie było momentów, w które zmroziłyby mi krew w żyłach. Nic mnie za bardzo nie przeraziło czy zszokowało. Dlatego jest to powieść skierowana do młodzieży, starsi mogą się przy niej nudzić i im mniej spodoba się lektura.
Mirjam Mous posługuje się lekkim i prostym językiem, odpowiednim dla jej grona odbiorców. Choć narracja jest trzecioosobowa, to pisarka świetnie oddaje wszystkie uczucia i myśli bohaterów. Podzieliła książkę na kilka części, a każda z nich skupia się na jednym bohaterze i pokazuje historię z jego punktu widzenia, dzięki czemu Czytelnik poznaje coraz to ciekawsze nowe fakty.
Powieść Mirjam Mous jest dobra. Podczas czytania można się świetnie bawić, przeżyć ciekawą przygodę. Z chęcią sięgnę po inne dzieła autorki, mam nadzieję, że w Polsce zostanie wydanych ich więcej. Pomimo kilku błędów, warto zapoznać się z „Password”. Książka jest bardzo wciągająca, przeczytałam ją w ciągu jednego dnia, nie mogłam się oderwać. Zapraszam do lektury szczególnie dzieci i młodzież.
Moja ocena: 6/10
 
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams

sobota, 10 sierpnia 2013

"Melancholia sukuba" Richelle Mead

12 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Melancholia sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Blues
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 336

Georgina Kincaid jest nieśmiertelnym sukubem mieszkającym w Seattle. To jedno z najlepszych zajęć, o jakim można pomarzyć w piekle. Jest piękna i pożądana przez mężczyzn, którym zabiera energię życiową, może w każdej chwili zmienić postać, wyglądać tak, jak w danej chwili potrzebuje. Jednak Georginie nie podoba się takie życie; nie może poznać prawdziwej miłości, ponieważ zabiłaby swojego chłopaka, nawet gdyby tego nie chciała. Dziewczyna w wolnym czasie zaczytuje się w książkach niejakiego Setha Mortensena. W księgarni, w której pracuje, pojawia się on na spotkaniu autorskim. Georgie ma w końcu okazję go poznać… Jej marzenia muszą jednak poczekać, ponieważ w nadnaturalnym świecie ktoś zaczyna mordować jej nieśmiertelnych znajomych.
Richelle Mead to niezaprzeczalnie jedna z moich ulubionych pisarek. Oczarowała i zachwyciła mnie serią „Akademia wampirów”. Po zakończeniu jej postanowiłam zapoznać się z innymi dziełami autorki. Na pierwszy ogień poszła „Melancholia sukuba”, która była jej debiutem. Cykl o Georginie został już zakończony, liczy sobie sześć tomów. Oprócz tego pani Mead napisała serię „Dark Swan” i zaczęła „Kroniki krwi”, które są powiązane z „Akademią wampirów”. Jej książki odniosły sukces, autorka postanowiła zrezygnować z pracy i zaczęła pisać zawodowo.
Za czytanie zabierałam się pełna nadziei, wierzyłam, że Richelle Mead mnie nie zawiedzie. I tak też się stało. Choć historia z początku nie wyglądała na jakąś szczególnie dobrą, to im dalej zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej mnie wciągała i intrygowała.
Bohaterowie zostali wspaniale wykreowani. Nie da się ich nie lubić, nawet tych mniej sympatycznych. Georgina szczególnie zapada w pamięć. To kobieta, którą nie da się pomiatać. Z pozoru wydaje się silna, ale kiedy poznaje się ją bliżej, widać, że ma wrażliwe serce. Spodobało mi się to, że była impulsywna i energiczna, nie bała się wyrazić własnego zdania. Z jednej strony nieco przypominała mi Rose (bohaterkę „Akademii wampirów”), lecz z drugiej bardzo się różniły. Takie postaci zapadają w pamięć. Seth także szybko zdobył moje serce. Jest dla odmiany spokojnym, miłym, nieśmiałym mężczyzną. Jak widać bohater nie zawsze musi być aroganckim, śmiałym facetem, aby podbić serca czytelniczek.
Minusem powieści jest przewidywalność. Niestety łatwo samemu rozwiązać zagadkę morderstwa i odgadnąć kto za tym wszystkim stoi. Na szczęście nie odbiera to przyjemności z czytania i wciąż można rozkoszować się lekturą.
Uwielbiam styl i język, jakim posługuje się pani Mead. W książce nie brakuje interesujących opisów, ale też nie ma ich nadmiaru. Zastosowała narrację pierwszoosobową, co uważam za świetny wybór. Narracja trzecioosobowa by się tu nie sprawdziła i lektura wypadłaby o wiele słabiej. Richelle Mead świetnie przedstawia emocje swojej bohaterki, dzięki czemu czytelnik odczuwa to samo. Scen erotycznych nie ma za dużo, choć można się spodziewać czegoś innego, w końcu sukuby zajmują się kuszeniem i uwodzeniem mężczyzn.
Z ogromną chęcią przeczytam kolejne tomy, wprost nie mogę się tego doczekać. Historia Georginy mnie zaintrygowała, nie była tylko opowiastką o perypetiach miłosnych dziewczyny. Bohaterowie bardzo sympatyczni i oryginalni. Jest to warta uwagi powieść, która powinna się znaleźć na liście obowiązkowych lektur fanów Richelle Mead. Nie zawiedziecie się.
Moja ocena: 8/10

środa, 7 sierpnia 2013

"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins

15 komentarzy:

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginału: Catching Fire
Wydawnictwo: Media Rodzina
Miejsce i rok wydania: Poznań 2009
Liczba stron: 360

Głodowe Igrzyska wygrywają Katniss Everdeen i Peeta Mellark. Nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. Poprzez swój bunt narazili się władzom Kapitolu i mają tylko jedną szansę na naprawienie wszystkiego – Tournée Zwycięzców. Podczas tego wydarzenia zwiedzą wszystkie dystrykty i mają przekonać ludzi, że nie mieli na myśli przeciwstawienia się Kapitolowi, tylko nie mogli pogodzić się z myślą o rozstaniu. W czasie podróży widzą, do czego zdolny jest prezydent i jego ludzie, ale także to, że ludzie są zdolni zbuntować się i walczyć o swoje prawa. Jak dalej potoczy się historia? Co zrobią władze, aby zademonstrować wszystkim swoją siłę? Poznajcie dalszy ciąg opowieści o totalitarnym państwie Panem.
„Wszyscy powinniśmy byli umrzeć, tak byłoby najlepiej.”
Suzanne Collins błyskawicznie stała się jedną z moich ulubionych autorek, dzięki „Igrzyskom śmierci”. Do tej pory pamiętam, jak ogromne wrażenie na mnie wywarła. Po odłożeniu książki na półkę wciąż byłam w tamtym świecie, przez kilka dni praktycznie nie można było się ze mną normalnie skontaktować – potrafiłam nagle wszystkim wokół zacząć mówić o tej cudownej powieści, wylewał się za mnie potok słów, a potem znowu pogrążałam się w rozmyślaniach; nie byłam zdolna do rozmów, na pytania nie odpowiadałam, albo po prostu mówiłam kilka słów o Głodowych Igrzyskach nie mając pojęcia o co chodzi mojemu rozmówcy. Można by pomyśleć, że zupełnie zwariowałam na punkcie „Igrzysk śmierci”. Powoli powracałam do normalnego stanu, lecz moje uwielbienie się pogłębiało. Czasem brak mi słów na określenie wspaniałości tej lektury. Kiedy zaczęły się wakacje miałam wystarczająco dużo czasu na zabranie się za kolejną część…
Ja poluję, on piecze, Haymitch pije. Każde z nas na swój sposób zabija czas i stara się uciec od wspomnień związanych z Głodowymi Igrzyskami.”
Od pierwszych słów, „W pierścieniu ognia” porwała mnie do swojego świata. Poczułam, jak bardzo tęskniłam za Katniss, jak bardzo mi jej brakowało. Nie mogłam oderwać się od tej książki, okładałam ją (nawet na chwilę) z wielkim bólem. Nie chciałam już ani na chwilę rozstać się ze swoim skarbem.
Bohaterowie są bardzo mocną stroną powieści. Każdy zapada w pamięć, ponieważ każdy wyróżnia się na tle innych. Nawet postaci epizodyczne mają wyraźnie nakreślone charaktery. Czytelnik może odnaleźć wśród nich osobę podobną do siebie, która jest mu najbliższa. Katniss to moja ulubiona bohaterka, zawsze będę ją podziwiać za odwagę, siłę i za to, że ważniejsze było dla niej dobro i bezpieczeństwo bliskich, była gotowa poświęcić dla nich swoje życie. Peeta i Gale to także postacie, na które warto zwrócić szczególną uwagę. Dla obu ważna była Katniss, chcieli ją chronić i popierali to, co robiła bądź chciała zrobić.
„Katniss Everdeen, dziewczyna, która igra z ogniem, wznieciła iskrę, a ta, nie ugaszona w porę, podpali całe Panem.”
Choć „W pierścieniu ognia” ma dość mało stron, to autorka każdą wykorzystała najlepiej, jak umiała. Przez trzysta sześćdziesiąt stron wydarzyło się bardzo dużo, nie zdążyłam odetchnąć po jednym wydarzeniu, a pani Collins zaskakiwała mnie czymś kolejnym. Tyle razy wprowadziła mnie w osłupienie, że zastanawiam się, jak ja tak szybko się pozbierałam. Nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji i wątpię, aby ktokolwiek się spodziewał. Żadna książka w ostatnim czasie mnie tak nie zszokowała.
„No proszę, znowu to zrobił. Zdetonował bombę, a eksplozja przyćmiła wszystko, co starali się zaprezentować inni trybuci.”
Ta lektura ukazuje prawdziwe okrucieństwo i brutalność świata. Przedstawia bardzo realną wizję przyszłości. Kto wie, jeżeli ludzie się nie zmienią, może kiedyś nasz świat będzie wyglądał podobnie? To bardzo prawdopodobne. Większość osób wyobraża sobie wspaniałą przyszłość, że wynajdziemy lekarstwa na większość chorób, nastąpi postęp w technologii… A jeśli tak nie będzie? Wszystko może pójść zupełnie na odwrót, nie tak jak się spodziewaliśmy.
Zakończenie jest po prostu niesamowite. Wyobrażałam sobie co innego, do ostatnich stron nie wiedziałam, co się tak naprawdę dzieje. Byłabym mniej zdezorientowana i zaskoczona, jakbym siedziała sobie w swoim pokoju i nagle spadła mi cegła na głowę.
„Wiem, że nie mogę nic zrobić, aby to zmienić. Tej fali nie powstrzyma żadna, nawet najbardziej wiarygodna demonstracja  miłości. Jeśli wyciągając garść jagód, dowiodłam chwilowej niepoczytalności, to ci ludzie również są gotowi postąpić nieobliczalnie.”
Suzanne Collins posługuje się wspaniałym i niezwykle obrazowym językiem. Z łatwością wszystko sobie wyobrażałam, nie miałam z tym żadnych trudności. Jasno wyraża swoje myśli, dzięki temu czytelnik nie musi się podczas lektury zastanawiać: o co jej chodzi?, jak to czasem bywa, kiedy nie można zrozumieć autora.
„W życiu trzeba czasem podejmować bardzo trudne decyzje. Sama się o tym przekonasz, jeśli wyjdziemy z tego cało.”
Po przeczytaniu „W pierścieniu ognia” miałam ochotę natychmiast ściągnąć z półki „Kosogłosa”. Nie mogłam się doczekać lektury następnej części, ale wiem, że jak tak szybko zakończę przygodę z tą trylogią, będę bardzo żałowała, że się nią nie delektowałam, jak należy. Tylko raz mam możliwość przeczytać ją po raz pierwszy i nie zamierzam tego tak szybko utracić.
„Nic dziwnego, że zwyciężyłam w igrzyskach. Przyzwoici ludzie nigdy ich nie wygrywają.”
Już teraz tęsknię za bohaterami i nie wyobrażam sobie bólu, który będę musiała odczuwać po skończeniu trzeciego tomu. Wiem, że z pewnością za jakiś czas powrócę do tych cudownych książek, już teraz mam ochotę przeczytać je ponownie. Gdybym mogła, nigdy bym nie opuściła Panem i już na zawsze została z Katniss. Jeżeli jeszcze nie zapoznałeś się z pierwszym tomem, to po przeczytaniu tej recenzji rozbijaj skarbonkę i biegnij do księgarni.
„W pierścieniu ognia” nie mieści się w mojej skali oceniania, dlatego pozostawię ją bez oceny.